walka z niechciejem
Czasem to się zastanawiam, dlaczego ja nie potrafię jakoś przeprogramować swojego myślenia, żeby do pewnych rzeczy podchodzić jak większość ludzi, po cwaniacku, po najmniejszej linii oporu, tak żeby jak najmniej się narobić, a właściwie żeby ktoś zrobił za ciebie, a ty się po chamsku podpiszesz.
Tak mi się dzisiaj pomyślało jak w kuchni, gotując sobie wymarzoną brokułową, spoglądałam na karmnik.

Bo tak mi się skojarzyło. Te cholerne cwaniaki całą zimę olewały ten karmnik, ja tu się staram, taki piękny im poskręcaliśmy, kombinowałam co im tam dobrego wsypywać, kociara tęsknie w oknie rozrywki wypatruje, a one szerokim łukiem. Czasem trochę znikało, ale chyba przylatywały specjalnie jak nikt nie patrzył. W międzyczasie zima się skończyła, po śniegu ani śladu, ciepło się robi, teoretycznie jak się zaczyna wiosna to nie powinno się ptakom sypać jeść, żeby zaczęły sobie same szukać. No to jak się zrobiło cieplej, trzeba by było wziąć tyłek w troki i skombinować coś do szamania to nagle im się przypomniało o mnie. Bo przecież łatwiej, bo podane na talerzu. Wiem że ptaki nie myślą tak jak ludzie i że to duże uproszczenie, ale skojarzenie nasunęło się samo.
No ale kota miała radochę, pilnie obserwowała je spod firanki, a ja miałam kolejną rzecz której mogłam poświęcić czas zamiast wpatrywać się w dokument worda.

Człowiek jednak to durne stworzenie, ma możliwość uczyć się na własnych błędach, a jednak nie raz się łudzi że teraz będzie inaczej. Ciężkie boje miałam z napisaniem magisterki, męczyłam się niesamowicie i nic mnie to nie nauczyło, jak głupia rzuciłam się drugi raz z motyką na słońce… Tym razem ambitnie, żeby zrobić to porządnie, po kolei, dokładnie, a pewnie wyjdzie jak zwykle. Najbardziej frustrujące jest to, że siedzisz przed tym dokumentem i doszczętnie nie wiesz co można by napisać, a tym bardziej wątpisz że cokolwiek mądrego ci przyjdzie do głowy. To się przesiadasz na czytanie, żeby mieć co streścić, ale po dwóch stronach zaczynają cię dopadać wątpliwości czy w ogóle rozumiesz to co czytasz i jak zwykle dochodzisz do myśli po jaką cholerę pakowałaś się babo w to po raz drugi…
A można było mieć to wszystko głęboko gdzieś ; )

Śliczne ptaszki. :) U mnie podobnie, choć nie mam karmnika, właśnie wiosną zaczynają podlatywać mi do okna i stukać w nie dziubkiem. :) Rozumiem, że to ich upominanie się : “daj mi coś zjeść” ;)) Może dlatego pojawiają się właśnie wiosną, bo powracają głodne z ciepłych krajów? :)
Pozdrawiam serdecznie!