it can’t be that cold

needles

Opublikowany w bus, ja przez redrain w dniu październik 28, 2008

Jak byłam w przedszkolu to śpiewałam “jestem mała ogrodniczka, mam ziarenek pół koszyczka”.
A teraz mam kaktusów cały parapet. Jakoś tak mi się wpisują w moje ostatnie autobusowe obserwacje.

Jakoś tak zawsze byłam przekonana że kiepski ze mnie psycholog bo mam w cholerę za mało empatii w sobie. Bo drażni mnie kiedy do autobusu którym jadę godzinę wsiada na jeden przystanek zapity i śmierdzący kupą bezdomny, a ja do końca trasy muszę się maskować szalikiem żeby nie zwrócić śniadania, bo irytuje mnie że wydaję majątek na bilety kwartalne a stoję w tych zatłoczonych autobusach, podczas gdy jeden z drugim cwaniak bez biletu płaszczy dupska i głupio się szczerzy. Ale się okazuje że ja to nic. Ostatnio miałam nad wyraz dużo scenek rodzajowych. Pierwsza to dwóch nie znających się panów po 50tce, najwyraźniej wracających z pracy, wydawałoby się że zwykli ludzie, ale w momencie kiedy wsiadły kobuchy i kulturalnie i miło zaczęli sprawdzać bilety, z panów buchnęła agresja słowna, głupie, zaczepne komentarze, niewybredne uwagi pod adresem pani kobuch. Ale i to jeszcze nic. Kiedyś obudziłam się dwa przystanki przed uczelnią bo było jakieś poruszenie. W busie stoi, a właściwie ledwo trzyma się na nogach totalnie zalany i zaniedbany facet, ślina cieknie mu aż na podłogę. Obok niego kobieta z wózkiem drze się “nie opieraj się o mnie chamie”, po chwili stateczna emerytka zaczyna się na niego drzeć że jest zalany, że śmierdzi, że aż na podłogę śliną kapie… Dziwię się że nikt go nie pobił. W takich momentach tylko kopara mi opada i nie wiem co powiedzieć. 

Najwyraźniej wszyscy jesteśmy jak te cholerne kaktusy.